To blog o wszelkich durnych, śmiesznych i nietypowych, albo własnie typowych do bólu, sytuacjach w pojazdach komunikacji miejskiej. Gdyńskiej zazwyczaj.
Pisałam o nim jakies 3 notki temu. Dupek, który z radochą obserwował jak lawiruję miedzy samochodami, po czym zamknał mi drzwi przed nosem i osobiscie próbował mi zafundować płaskostopie całą masą autobusu... okazał sie nowym facetem mojej cioci, która ciągle pioka jakiego uprzejmego i kulturalnego pana poznała XD.
Dzisiaj ciocia zaprosiła mnie na późny obiad. Pewnie dlatego, że tylko ze mną może rozmawiac o swoim 'cudnym panu'. Kiedy ciamkałam naleśnika z pieczarkami, pokazała mi jego zdjęcie z komórki. Mało stołu ze smiechu nie zaplułam.
K.O.
Zwykle jestem pierwszą, o ile nie jedyna osobą, która rusza d. żeby komukolwiek pomóc. Tym razem nie zdążyłam ruszyć leniwego spasionego dupska ;).
Mocno starszy pan, aczkolwiek przy okazji brudny jak święta ziemia i do tego niezbyt trzymajacy pion, bardzo prawdopodobnie, że nie tylko z powodów wiekowych, z pewnym wahaniem podniósł nogę w kierunku wejścia do autobusu, po czym całkiem zdecydowanie obalił się na plecy. I tak już został. I pewnie zostałby po wieki wieków, gdyby nie dwóch facetów i uwaga! mocno wypindrzonych przedimprezowo dziewczyn, które sądząc po wyglądzie, raczej powinny martwić się stanem tipsów.
Brawo panowie! I wielki szacunek dla pań!
I komunikacja miejska jak zwykle się zwichrowała... I to ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, nie pierwszego zaśnieżonego dnia, bo wtedy autobusy odjeżdżały co do minuty zgodnie z rozkładem, tylko drugiego. Do mojej 'wiochy' nie przyjechał rano autobus zgodny z rozkładem... bo pewnie nie dał rady... za to dały radę linie zjazdowe, których o tej porze być nie powinno ;). Do pracy dotarłam wtedy z solidnym opóźnieniem, co oczywiście zaowocowało mega awanturą, bo szefowa dojeżdża własnym samochodem i nie rozumie, że autobus może się spóźnić, albo wogóle nie przyjechać. Prawdę mówiąc ja też nie rozumiem...
Nabrałam jednak zwyczaju profilaktycznie wczesniejszego wyjścia z domu, co na niezbyt wiele się przydaje, gdyż w ramach odśnieżania miasta, pięciominutowa trasa trwa minut piętnaście... o ile oczywiście ludność piesza ma absurdalny pomysł poruszania się chodnikiem, a nie środkiem jedni. W mojej dzielnicy mieszkańcy są przeważnie na tyle porządni, że wstają bladym świtem, albo i wcześniej, aby odśnieżyć chodniki. A kiedy oni ruszają już do pracy po tych cudnie odśnieżonych chodniczkach... mogą się w zadnią stronę ugryść, bo wtedy wyjeżdżają spychacze, które oczyszczając jezdnię zwalają cały jezdniowy śnieg na chodniki aż po płoty i to ze stron jezdni obu.
Brzydkie słowo na "k" za to z wykrzyknikiem! Najwyraźniej cały zarząd Gdyni, jest bogaty i na wzór amerykański wydaje się im, że wszyscy poruszają się samochodami. Niedługo nam chyba też chodniki zlikwidują :/.
Wracając do tematu... Dnia następnego, mimo że wyszłam o 10 minut wcześniej, dotarłam do przystanku z jęzorem po pas i 'wentylatorem' dla astmatyków w garści. Ruszający już, Pan Kierowiec, uprzejmie zatrzymał autobus, wpuścił mnie do środka i nawet nie skomentował złośliwie mojego 'dziękuję' i 'przepraszam'. Niecałą minutkę później zatrzymał się między przystankami, żeby zabrać kolejną pasażerkę, która też zwykle jeździ o tej porze. Bardzo miły i uprzejmy pan. Dżentelmen pełną paszczą :).
Za to w drodze powrotnej autobus odjechał z przystanku dwie minuty przed czasem, ale najpierw dziadyga poczekał, aż dobiegnę do drzwi... oczywiście, żeby mi je przed nosem zatrzasnąć...
I wszelkie miłe uczucia do Gdyńskiej ZKMki diabli wzięli.
I w końcu na mnie padło. Jako, że strasznie nie lubię chodzić do pracy, a za spaniem conajmniej przepadam, namiętnie ignoruję baterię drących ryja budzików. Kiedy udaje mi się w końcu zwlec złoki z łóżka, dostaję permanentnego wytrzeszczu w wyniku akceleracji i w 10 minut próbuję nakarmic koty, usunąć wyniki uprzedniego nakarmienia kotów, ubrać się, uczesać, umyć klawiaturę, a w końcu nie zapomnieć o żadnej z tych ważnych czynności, a by w efekcie nie lecieć z ziejącą paszczą... kołtunem... lub rozwianym cycem - opcja do wyboru.
Teoretycznie do autobusu mam jakieś 7 minut, ale w praktyce i tak biegam, bo nie ważne jak wczesnie ustawię pierszy budzik, w okolicy furtki okazuje się zawsze, że w wersji optymistycznej mam 5 minut... a w praktyce niekoniecznie... Regularnie biegam, próbując jednocześnie trzymać w łapie komórę, bo tylko tam mam zegarek, wetknąć w uszy słuchawki od pożyczonego empetrzy z jakąś dynamiczną i zdecydowanie przyspieszajacą moje przebieranie dolnymi końcówkami muzyką, i jakimś cudem znaleść w przepastnej torbie dopalacz dla astmatyków, żeby się zwyczajnie nie udusić. Na szczęście kierowców mamy tu raczej życzliwych, więc kiedy zobaczą jakąś drałującą niedojdę, zwykle czekają.
Ale nie ten. Tym razem spóźniłam się z powodu NicNieMającego Alcatela, który uparcie się spóźnia, mimo 'pośpieszania' go prawie codziennie...
Kiedy byłam już prawie na pętli autobusowej, ale jeszcze po przeciwnej stronie ulicy, jakoś nie zdobyłam się na desperackie ruszenie między samochody, z niewiadomych przyczyn przejeżdżajace przez moje zadupie... W akcie odwagi wcisnęłam się w końcu tuż przed nieco ostrożniej jadącego kierowcę i kiedy tylko znalazłam się na jezdni, Pan Kierowiec Autobusu, który uważnie obserwował moje manewry, spojrzał prosto na mnie, uśmiechnął się szeroko, zamknął drzwi i odjeżdżając prawie przejechał mi po stopach. No to dupa zimna...
Z obowiązku ruszyłam piechotą do znajdujacego się jakiś kilometr dalej przystanku, z nadzieją, że a nóż widelec, akurat coś będzie jechało we właściwym kierunku.
A i owszem jechało. Jednakże Pan Kierowiec Kolejnego Autobusu zerknął na korek przed sobą, a potem za sobą i z błogim uśmiechem olał przystanek i pojechał sobie dalej.
Różne brzydkie wyrazy...
<Marianek> stoimy na czerwonym i podchodzi gościu, widac ze pijaczyna i wyciąga łape, że kase chce
<Marianek> a my mu przez okno puszke Żywca :D
<Marianek> mina żula - bezcenna :D
<Marianek> już nawet do następnych aut nie szedł tylko poszedł się delektować :D
Nie cierpię brzydkich miejsc. Zawsze staram się dbać o otoczenie. I strasznie wkurzają mnie syfiarze rzucający śmieci gdzie popadnie i plujący na ulicę, i debile mażący po świeżo pomalowanych ścianach jakieś tandetne mazaje (w odróżnieniu od graffiti na wysokim poziomie, malowanego za zgodą właściciela muru, ktore jest przecież sztuką).
W wersji przystankowo-autobusowej to wywalanie zawartości śmietników, wydrapywanie napisów na szybach, rozpruwanie siedzeń i łamanie ławek. Może oni są w śmietniku chowani i chcą się poczuć jak w domu, ale ja sobie wypraszam!
Tym razem spieniłam się okrutnie, kiedy zobaczyłam jak kilku małoletnich gnojków, po prostu na chama rozpierdziela wszystkie jak leci szyby w wiacie przystankowej. Zanim dodzwoniłam sie na policję, już gnoi nie było. A że było ciemno to mogłam się ugryść w zadnią stronę, bo jak tu kogokolwiek zapamiętać.
Następnego dnia ktoś radośnie opowiedział mi w formie anegdotki, jak to jacyś kolesie rozwalili wiatę i zaraz potem wpadli na babkę mieszkającą w domu obok, po czym dumni z siebie pochwalili się, jakoby zapłaciłam im firma zajmująca się naprawą wiat, bo im coś tam do ubezpieczenia brakuje...
A mi po prostu wszystko opadło. Ja chyba za prosty człowiek jestem na te czasy.
Poprzesuwali przystanki, a busiki suną leniwie, acz nerwowo, z innymi samochodami, po jednym, zatkanym pasie. Luzik. Niestety rano muszę wstać wcześniej o godzinę, bo przed pracą muszę zrobić, w zastępstwie, jednemu niepełnosprawnemu panu śniadanie. Sama opieka czy robienie śniadania problemem nie jest, ale jest niestety zmiana warunków jazdy.
Przywykłam do tego, że jadę sama, słuchając muzy na mp3, co bardzo lubię. Taki poranny czas na relaks. Teraz nie ma takiej opcji. Zbyt dużo znajomych osób jedzie tym samym, wczesniejszym, autobusem. Jak zwykle rzucam szybkie cześć i zasuwam na dalekie pojedyncze miejsce... A niestety, każdy kto mnie zna, za mną... No to wyciagam słuchawki z uszu i prubuję konwersować. Z jedną osobą jeszcze się da, ale... rozmówców zwykle mam dwoje: chorego na zespół downa chłopaka, który niestety bardzo niewyraźnie mówi, ale domaga się uwagi i przemiłą skąd inąd koleżankę, której niestety wody płodowe wchłonęły całe poczucie humoru podczas pierwszej ciąży... szkoda tylko, że go nie oddały zamim odeszły. Koleżanka owa tez domaga się uwagi, niestety ignoruje zupełnie chorego chłopca, bo skoncentrowana jest tylko na córce, którą odwozi do przedszkola. Ale na litość boską, dlaczego oni mówią jednocześnie?!
Kolega perkusista wyjechał na wakacje grać na statku i dyscyplinarnie wrócił po tygodniu...
Pytamy, co się stało:
- Widzicie...Drugiego dnia w trakcie bankietu zaczął się sztorm. Była jedna babka na wózku inwalidzkim i nie zaciągnęła sobie hamulca. Po którymś z przechyłów poleciała z 20 metrów po równi pochyłej i przypieprzyła w ścianę. I w trakcie grobowej ciszy, która zapadła, ja chciałem rozładować atmosferę i...
- No co zrobiłeś, kretynie? Mów!
- Walnąłem tusz... ''tududum - tsst''
Nie wiem jak reszta 3miasta, ale Gdynia jest zatkana jak nigdy. Samochody poruszają się w tempie pijanego i śpiacego słusznym snem ślimaka. Wczoraj i przedwczoraj było źle, ale dzisiaj to już masakra. Zupełnie jakby cała Warszawka próbowała tędy przejechać ;p. Mam nadzieję, że do późnego wieczora wszyscy wyjadą, bo inaczej szykuje mi się dłuuugi spacer do domu. Po prostu ciężko mówić o jakiejkolwiek komunikacji miejskiej. Tym razem władze miasta ostro przegięły organizując dwie jebitne imprezy jednocześnie: Openera i zlot żaglowców. Krótko mówiąc Gdynia ściśnięta jak pośladki homofoba w gejowskim klubie.
A propos komunikacji. Tkwiłam wczoraj wczesną nocą, alibo późnym wieczorem, na przystanku, czekając na spóźniony o jakieś pół godziny autobus. Obserwowałam jak, dosłownie jeden za drugim, podjeżdżają trolejbusy, które oficjalnie skończyły kursować z godzinę wcześniej.
Z jednego z nich wysiadła taka trzoda, że kopara mi zwyczajnie opadła. Grzecznie wypadli z trajtka, po czym jedna panna biegusiem pobiegła do najbliższego płotu i obhaftowała okoliczne roślinki. Fakt. Lepiej pod płotem niż w pojeździe. Niestety nie był to koniec publicznych występów. Kiedy panna rzygała jak kot pod krzaczorem, ustawił się obok kolo z tej samej ekipy i po prostu zaczął sikać. To nic. Tylko on skończył, inna panna postanowiła pójść za jego przykładem. Ustawiła się na brzegu trawnika i tuż przy chodniku, opuściwszy gacie po kolana i wywalając bobra na całą ludność na przystanku i dziesiątki samochodów tkwiących w korku, po jakimś dopiero czasie zdecydowała się wytrzeszczyć wielką białą d. litościwie w stroną trawnika.
Słów mi brakuje...
Dzis rano jechalam autobusem ze starszym, calkiem miłym kierowcą. Życzliwy... uczynny... i diablo nieapetyczny. Co chwilę odcharkiwał bardzo glośo i pluł przez okno, nawet nie ogladając się czy coś za nim nie jedzie...
To ja juz wolę gołębia kupą... Dobrze, że nie jestem kierowcą.
W tym, wyjątkowo pechowym dla mnie, tygodniu. Miałam nieprzyjemny wypadek w autobusie. w ułamku sekundy moje kolano znalazło się na jakimś cholermym słupku, bo jakiś kretym wymusił pierwszeństwo na autobusie. Debil wypadł z za zakrętu na pełnym gazie. Kierowca busu zdążył zachamować, niestety ja już nie. Zmiotło mnie z siedzenia i zatrzymałam się na ochronnej ściance, a dokładnie na mocującej ją rurce. Słowa wydusić nie mogłam, bo zatkało mnie z bólu. Nie zamierzałam czepiać się kierowcy, bo przecież nie jego wina. Ale trochę niefajnie mi było, kiedy mocno kulejąc wysiadłam z autobusu i będąc już na zewnątrz byłam na wysokości kierowcy... Zerknął na mnie nerwowo i szybciutko zatrzasnął drzi. Jakoś tak przykro mi się zrobiło.
Zimną nocą czekało dwóch, chyba lekko zawianych, kolesi. Jeden czytał, przyklejone do wiaty przystankowaj, ogłoszenie o zaginionej dziewczynie. Drugi wypatrywał autobusu.
- Ciekawe ile ona ma lat... - zamyslił sie pierszy.
- 152! - Wypatrzył (autobus) drugi.
Przepraszam Was bardzo, że widok z autobusu tak bardzo się rozjechał. To nie wina nieumytych okien, tylko ponadświetlnej prędkości napędzanej reklamą, którą Onet uprzejmie i z własnej nieprzymuszonej woli, umieścił na swojej stronie głównej. Nie wiem czym zasłużyłam na taki sympatyczny gest, aczkolwiek wykończył on błyskiawicznie możliwości transferowe mojego konta na republice... na którym zalega cała grafika... w tym layout... Jutro powinno wszystko wrócić do normy.. ale nie wiem jak długo potrwa, albowiem kiedy dzisiaj zobaczyłam statystykę odwiedzin, szczęka raczyła mi gwałtownie opaść i gwizdnąć radośnie o podłogę :D
Last Hour 2,088
Today 16,273
O żesz!!!
Kiedy wracam busikiem z pracy, mijam miejsce, w którym regularnie rumunki z dziećmi na kolanach, proszą o pieniądze. Któregoś dnia zauważyłam, że rumunki przeprowadziły się o jakieś kilkanaście metrów. Zerknęłam więc w kierunku ich starego siedziska i już nie mogłam zachować powagi. Ktoś machnął niezłe grafitti, nota bene na ścianie obskurnego banku.
Pociąg. Hiszpanka w panice ściąga walizy, bo pociąg od dłuższej chwili stoi, a ona wlasnie załapała, że miała wysiąść. W drzwiach ryczy jej dzieciak, a mąż stoi jak pierdoła i jebitną walizą blokuje całe przejście. Ludność gada do niego w różnych językach... angielskim.. rosyjskim... a ten widać bez daru języków, bo ni słowa nie kuma. W końcu z jednego z przedziałów wyszedł jakiś "zmęczony życiem" kolo:
- El Walizo! Wypierdalaj!!!